Dzieciństwo z Pewexu

Patrząc na tytuł notki, można pomyśleć, że zwariowałem (lub też nie mam nic nowego do opisania!), ponieważ moje dzieciństwo przypada na lata, w których Pewexy już nie funkcjonowały. Oczywiście to nie prawda! Moja psychika ma się całkiem dobrze, a i nowych lalek ostatnio przybyło… Postanowiłem jednak przyłączyć się do akcji pt. „Styczeń miesiącem nostalgii i wspomnień z Pewexu”, którą to wymyśliła Aga i Mars, i opisać ponownie moje przeżycia związane z lalką Barbie i nie tylko… 😉

 

 

Był rok 1992, może 1993. Rodzice wybrali się z wizytą do wujostwa mieszkającego w Warszawie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy siedziałem na schodach werandy babcinej leśniczówki i w pewnym momencie usłyszałem za sobą głos rodziców. W tamtych czasach zabawek nie dostawało się od tak, przy pierwszym lepszym wyjściu do sklepu (bo ich tam po prostu nie było!), dlatego bardzo, ale to bardzo liczyłem na jakiś prezent… Oczywiście nie zawiodłem się! W przebłyskach wspomnień pamiętam duże pudełko z napisem „Karina”, portrety innych lalek umiejscowione na wysokości głowy lalki na wewnętrznej tekturze, chyba jakiś dżinsowy (lub też pseudo dżinsowy) strój, a przede wszystkim samą lalkę – małą kobietę w burzą kasztanowych włosów i wielką grzywką, brązowymi oczami i fioletowymi cieniami na powiekach, gumowymi rękami i nogami, które można było zginać, ruchomymi nadgarstkami i, jak się okazało po odpakowaniu – prawdziwą bielizną!

„Karina” niemieckiej firmy Busch była moją pierwszą lalką przypominającą zminiaturyzowaną dorosłą kobietę i, jak twierdzi moja mama, jej największym zakupowym błędem…

„Karina” (moja lalka przejęła „kartonowe” imię), choć naga, bo jej ubranie dość szybko zaginęło, towarzyszyła mi wszędzie, czego dowodem są liczne zdjęcia trzy-czterolatka, dzierżącego w dłoni swój największy skarb. Z resztą, mimo iż później znienawidzona (dlatego pewnie w końcu zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach?!), była skarbem także dla rodziców, którzy wszystkim gościom opowiadali o „oryginalnej” lalce Barbie… Strata „Kariny” była dla mnie wielkim ciosem, dlatego też później namiętnie malowałem podobizny lalki w pudełku, wiernie odwzorowując każdy szczegół…

W ostatnich latach, kiedy to internet zawitał do większości domów w Polsce, wspomnienia związane z moją pierwszą lalką odżyły, zapragnąłem znów ją zobaczyć, niestety nie było to takie łatwe… Początkowo eBay i google „nie reagowały” na hasło „Karina”, przez co zwątpiłem, czy aby było to jej oryginalne imię! Dni, tygodnie, miesiące spędzone na przeszukiwaniu sieci i nic… Aż tu nagle! Przypadkiem trafiłem do czyjegoś albumu na flickr.com, gdzie na jednym ze zdjęć ujrzałem brązowowłosego klona Barbie z ruchomymi nadgarstkami (to był mój punkt odniesienia!). Co prawda twarz się nie zgadzała, ale chwilę później, wyszukawszy bardziej złożone hasło – „Karina by Busch”, trafiłem na oficjalną stronę lalki, zaś zagadka została rozwiązana…

 

(zdjęcie z oficjalnej strony o lalce Karina by Busch)

Dziś staram się zdobyć „Karinę”, najlepiej brunetkę, jednak nie jest to łatwe zadanie… Jeśli więc ktoś z Was posiada tę lalkę i chciałby się jej pozbyć, bądź sprawić mi wielką przyjemność, chętnie ją odkupię! 😉

 

 

 

Gdybym miał możliwość policzenia, ile w ciągu całego życia miałem lalek (Babcia zawsze powtarza, że za te wszystkie „kociuby” miałaby futro z norek!), okazałoby się pewnie, że to właśnie Steffi Love było najwięcej! Produkowana od lat 80., doceniona została dopiero dekadę później i do dziś pozostaje najsilniejszą konkurentką Barbie na polskim rynku! A wszystko to za sprawą sprytnego marketingu firmy Simba, polegającego na kopiowaniu wszystkiego, co pojawiło się na rynku pod logiem „Mattel”… I tak też miałem Steffi w sukni w serduszka (do złudzenia przypominającą Barbie ‚Loving you’ z 1983 roku), Steffi gimnastyczkę (na którą mówiłem „ćwiczka”!), Steffi syrenę o fioletowych włosach, z dwoma małymi syreno-siostrami, Steffi z tatuażami (jak ‚Butterfly Art’ Barbie z 1998), Steffi ze sznurkowymi włosami i koralikami do ich przyozdabiania (tu akurat koncept zapożyczony od Hasbro i modelu Sindy ‚Crimp & Bread’ z roku 1994) oraz całą masę innych modeli…

Najważniejsza była jednak pierwsza z nich, przywieziona z Niemiec przez jednego z przyjaciół rodziny… Pamiętam dokładnie rozmowę toczącą się na tarasie letniskowego domku owego „wuja”, który w pewnym momencie wspomniał o swoim zagranicznym wyjeździe i zapytał, co chciałbym dostać. Bez wahania powiedziałem, że lalkę, jednak, gdy zostałem poproszony o sprecyzowanie, nie miałem zielonego pojęcia, o czym tak na prawdę marzę… Wiedziałem, że lalka musi być oryginalna, tyle! Na szczęście z pomocą przyszła mama, która, widocznie zobaczywszy w telewizji reklamę ‚In-Line Skating’ Barbie, podpowiedziała, że chciałbym dostać „lalkę na wrotkach”. Mnie nie pozostało nic innego, jak przytaknąć i czekać…

Kiedy nadszedł długo oczekiwany dzień i samochód „wujostwa” pojawił się pod oknem, nie mogłem się wręcz doczekać! Podniecenie jednak szybko zostało zalane falą rozpaczy, kiedy „wujek” przyznał, że nie udało mu się znaleźć tego, o co prosiłem… I kiedy już moje oczy się zaszkliły, przed moim nosem znikąd pojawiło się pudełko z lalką na wrotkach! Jaka to była radość… Niestety, dalszych losów tej Steffi nie pamiętam, ponieważ w pewnym momencie wspomnienia z nią związane zlewają się z Barbie ‚In-Line Skating’

Jakiś czas temu do mojej kolekcji, wraz z Mattel’owymi trupkami, dołączyła właśnie Steffi Love piosenkarka z lat 90. i choć nie darzę jej tak gorącym uczuciem, co Barbie, widok nazbyt prostych w graficyzacji oczu, pomarańczowych ust i platynowo-szarych włosów przywołuje wspomnienie dzieciństwa…

 

 

 

 

W latach 90. Sindy stała się światową konkurentką Barbie, jednak w Polsce nie była aż tak popularna, jak Steffi Love, przez co nie mam zbyt wielu wspomnień związanych z tą lalką…

Pierwszy raz zetknąłem się z Sindy u mojej wakacyjnej przyjaciółki, która poza niezliczonym stadem oryginalnych Barbie miała także Sindy ‚Crimp & Bread’ (brunetkę) (1994) i, co zawsze bardzo mnie intrygowało – to właśnie ją lubiła najbardziej!

 

Drugie spotkanie nastąpiło równolegle z momentem, w którym po raz pierwszy stałem się posiadaczem wymarzonego kawałka plastiku, sygnowanego nazwą firmy Mattel – Barbie ‚In-Line Skating’, która była prezentem od wuja mieszkającego w Wielkiej Brytanii. Jakkolwiek nie byłbym wówczas mu wdzięczny, strasznie zazdrościłem (jak to sześcioletnie dziecko!) mojej ciotecznej siostrze, która dostała ‚Pirouette’ Sindy (1995)! Lalka w swoim różowym tutu, z ruchomym nadgarstkiem i baletkami podobała mi się do tego stopnia, że chciałem nawet zamienić się z siostrą…

(zdjęcia Sindy ze strony club-sindy.com)

I tym razem rodzice przyszli z pomocą, tłumacząc, że moja Barbie, ze względu na delikatne ciało (bend and move) przeznaczona jest dla starszych dzieci, natomiast Sindy, o plastikowych i niezginalnych nogach to zabawka dla młodszych, takich, jak moja siostra… Przyjąłem to do wiadomości aprobującej, jednak nie zmniejszyło to mojej chęci posiadania Sindy, przez co w efekcie wielokrotnie pożyczałem ją od siostry, ostatecznie stałem się jej posiadaczem, jednak, jako, że po obcięciu włosów nie była już tak atrakcyjna, podarowałem ją koleżance (zapewne w zamian za inną lalkę!)…

 

 

 

Lalki Barbie otaczały mnie od zawsze. Prawie każda z koleżanek miała jakąś oryginalną, mattelowską, a ja mogłem o nich tylko pomarzyć… Barbie ‚Fountain Mermaid’ (1993), ‚United Colours of Beneton’ (1991), ‚Locket Surprise’ (1991), ‚Cut N Style’ Blonde i Brunette (1994), ‚Mermaid’ (1991), ‚Jewel Hair Mermaid’ (1995), ‚Movin Groovin’ (1997), ‚Sparkle Eyes’ (1990), ‚Sun Jewel’ (1994), ‚Hollywood Hair’ (1993), ‚Totally Hair’ (1991), itd., i tak w nieskończoność…

Aż wreszcie, nadszedł ten dzień… Pamiętam, jakby to było wczoraj! Byłem wraz z rodzicami u wujostwa w Olsztynie. Podczas obiadu zauważyłem kant różowego pudełka leżącego na regale. Miałem wtedy 5 lat, ale ten charakterystyczny pochylony biały napis ropoznałbym nawet w ciemności! „Barbie”! Oczywiście sama bliskość oryginalnej Mattel’ki, takiej, jakie widywałem tylko w telewizji, przyprawiała mnie o zawrót głowy… A kiedy następnego dnia ciocia powiedziała: „Mam coś dla ciebie!”, dokładnie wiedziałem, co chowała za plecami… Radość nie do opisania! A potem łzy, gdy usłyszałem od mamy zdanie: „Nie będziesz mógł jej kąpać! Bo to oryginał!” – tak wiem, byłem głupi, jak każde dziecko 😉 Oczywiście wykąpałem ją i jej piękne, platynowe włosy szybko straciły karby, ale nie skołtuniły się, jak to często u podróbek bywa… Szybko także skróciłem jej spodenki, zgubiłem skarpetki, kolczyki i naszyjnik, nadruk z T-shirtu sie odkleił, ale Barbie pozostała. Aż do dnia, kiedy, wraz z równie mądrą co ja koleżanką, rzucaliśmy nasze lalki w zboże. Zabawa była przednia, aż do momentu, kiedy moja Barbie się nie odnalazła… Czarna rozpacz zapanowała w moim lalkowych królestwie, nic nie mogło mi zastąpić „tej jedynej”. Kilka miesięcy później, kiedy żałoba już minęła, stał się cud! Wujek znalazł lalkę, kiedy tylko zakończyły się żniwa… Barbie była w takim stanie, w jakim widziałem ją po raz ostatni – czyli lecącą w zboże, oprócz włosów, które (niestety!) przeba było obciąć. Przez jakiś czas lalka musiała żyć z fryzurą „na żołnierza”, aż któregoś razu wpadłem na wspaniały pomysł wszycia jej wełnianych włosów… (mój pierwszy reroot!) Od tamtej pory Barbie zmieniała włosy tak często, co imię*, aż w końcu jej głowa zaczęła przypominać sito. Ciało (bend and move) także powoli zaczęło się psuć, począwszy od momentu, w którym to odpadł jej kciuk. Później całe ramię, aż w końcu pękła gumka łącząca nogi i ciało nadawało się już tylko do wyrzucenia… Kilka lat głowa Barbie spędziła na ciałach – podróbkach, aż w końcu wymieniłem się z koleżanką, obdarowując moją miłość ciałem ‚1966’ z odchylanymi rękami…

* wraz z mijającymi latami, Barbie miała coraz to nowe imiona: była Bunny z „Czarodziejki z Księżyca”, Xeną z „Xeny: Wojowniczej Księżniczki” i „Anastazją”

Kilka lat później, kiedy to zacząłem na poważnie myśleć o kolekcjonowaniu lalek Barbie, koniecznością stało się nabycie Barbie ‚In-Line Skating’ (1996). Dziś posiadam dwa egzemplarze lalki – jeden w idealnym stanie, z kompletnym strojem, dodatkami i pudełkiem, drugi zaś nagi. W planach jeszcze jedna, którą aktualnie licytuję, bo… wspomnień nigdy dość!